​ Od trzydziestu lat badam najgłębsze warstwy sztuki. Wnikam w jej niezależność, w jej naturalny samoistny język. Gdy mówimy abstrakcja, zwyczajowo myślimy obraz. Ja myślę dialog. Rozmawiam z drugim na poziomie abstrakcji i zawsze docieramy do porozumienia. Jednak abstrakcja, to intuicyjny, ale kulturowo najtrudniejszy język. By go w pełni posiąść, trzeba przejść pewną wewnętrzną drogę.

Droga:
Urodziłem się „buddą”. Pewnie sądzisz, że to przywilej? Nie, to tragedia. Jak sądzę, stan oświecenia zawiera w sobie punkt wyjścia, jak i całą przebytą drogę oraz ten punkt końcowy — stan Buddy. Myślę, że dopiero to nadaje temu stanu praktyczności.
Ja zostałem zatrzaśnięty w wiecznym teraz. Poprzez odcięcie mnie od ziemi. Jej błogosławionej praktyczności. Doskonale wyczuwałem boski wiatr i jego abstrakcyjne natężenie, ale byłem zupełnie pozbawiony praktycyzmu, socjalizacji. Od wczesnej młodości szukałem pomocy i mówiąc wprost, cywilizacja mnie zupełnie zawiodła, nie odpowiedziała na żadne z moich pytań, niepokojów, lęków. Szybko zrozumiałem, że nawet się nie stara, chce jedynie, bym się dostosował. Gdy to pojąłem, a miałem wówczas 17 lat, wyjechałem w Bieszczady, zostałem drwalem. Taka moja prywatna siekierezada. Nie byłem tam długo, bo ledwie kilka miesięcy, ale już nigdy do końca nie wróciłem. Coś we mnie zdecydowało, by iść swoją drogą. Zawsze widziałem świat w paradoksalny sposób, pełen możliwości, niejednoznaczności. Borykałem się z nieprzystosowaniem, bez pomocy z zewnątrz tak długo, aż dotarło do mnie, że jedynym wyjściem jest konsekwentnie iść drogą wewnętrznego głosu. A ten mi mówił, używaj swojej siły, siły bycia w świadomości niepraktycznego buddy:
​Jednak umysł, zanurzony w wysokich rejestrach, bez zakotwiczenia w praktycyźmie ma skłonność do konfabulacji. Musiałem nadać mu analityczny, praktyczny rys. Tu błogosławiona okazała się Gra w abstrakcję, jej doświadczenie i obserwacja pozwoliła wnikać w doświadczenie i rozumieć go. Porządkować.

Wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego Wittgenstein, nie poszedł dalej w swych rozważaniach o grze, przecież w tej swojej Norweskiej Chacie czegoś doświadczył. Jego dwa fundamentalne teksty przed i po Norweskiej Chacie są bardzo różne.
​ Aż zrozumiałem, że nie miał metodologii, by to swoje doświadczenie uporządkować. Jego stwierdzenie „o tym, o czym nie można mówić, należy milczeć” zatrzymało nasz rozwój na lata, utknęliśmy w intelektualnej i twórczej stagnacji.
​ Ja mam metodologię poruszania się w abstrakcyjnej przestrzeni Gry wiecznego Teraz. 

Gdy uchyliłem w sobie priorytet racjonalnego umysłu, tego samego, który poprzez wyuczone złudzenia trzymał mnie z dala od ziemi i wykroczyłem poza zewnętrzne punkty odniesienia, zmieniła się moja rzeczywistość, poszerzyła, opuściłem podział na to, co chciane i co niechciane. Wówczas ta część mnie, którą wmówiono mi jako niechcianą, to zatrzaśnięcie w wiecznej teraźniejszości, eksplodowała mi w twarz. Całe cywilizacyjne szambo nagle stało się moje. Nie było wyjścia, trzeba było wziąć za nie odpowiedzialność, pojąć, zrozumieć, uporządkować, wreszcie zaakceptować. Wtedy poczułem się całością. Istotą.

 Czułem się jak kropelka farby na jakimś pędzlu, to nie ja grałem, to jakaś siła grała mną. Czułem się maleńki i łatwy do przewrócenia, jakby ktoś mną igrał. W miarę kolejnych doświadczeń odchodziłem od codzienności i dostrzegałem, że to, czego się bałem, wcale straszne nie jest. Dojmujące poczucie osamotnienia poprzez poszerzenia świadomości zniknęło. Odkryłem złoty punkt „0". Wreszcie poczułem, jak wielką siłę, dała mi Gra. Sam przeszedłem głęboką przemianę, zmieniłem zupełnie pojmowanie siebie, natury, społeczeństwa oraz obowiązujących zasad.

Być w abstrakcyjnej tajemnicy istnienia, obecnym w stawaniu się Tu i Teraz i wprowadzać w nią drugiego to współczesne zadanie artysty. Obserwować, co tam się dzieje, analizować i wyciągać wnioski. Tworzyć rzetelny opis procesów na granicy tajemnicy i rzeczywistości. Taka była moja droga. Takie jest obecne zadanie artysty.