Spis treści

Przerażająco sam. Duży stół wiele krzeseł i wszystkie takie okrutnie puste. Na każdym z nich mógłby, ba! powinien siedzieć ktoś, kto by mnie kochał i ja bym go kochał, wielka kochająca się rodzina. A wszystkie krzesła są puste i ja pusty przy tym stole a każda moja komórka wyje z bezsilnego bólu i woła o odrobinę ciepła.

Jest takie indiańskie powiedzenie, „Gdyby wyginęły zwierzęta człowiek umarłby z duchowej samotności.” Przerażające stwierdzenie. Tyle, że zgrozą wieje nie z samego stwierdzenia a z jego porównawczej konsekwencji. „Gdyby wyginały zwierzęta” A LUDZIE?!

Co w nas wyginęło skoro czujemy te okropne wahadło samotności? Samotność wśród ludzi i ucieczka do samotnej samotności. Żadnej szansy ucieczki na aut?

Ja taką drogę odkryłem zupełnie przypadkiem, dopomogło mi jak to zwykle bywa uczciwe nieszczęście. Niema nic bardziej ożywczego i leczącego dla zaplątanej w swoje ścieżki codzienności jak uczciwe, porządne nieszczęście. Takie, co to rujnuje całą codzienność, przyzwyczajenie i schematy. Świat staje na głowie i trzeba sobie radzić, choć nie wiadomo jak. Zawsze w takich chwilach sobie myślę: „Ja już jestem na to za stary” przydałoby się nieco solidnej stabilizacji, ciepłe kapcie (mam), telewizor (mam), zero kłopotów (kłopoty także mam) i ciepła herbatka w swoim ulubionym kubku (mam). Czyli jak wynika z inwentaryzacji mam wszystko oprócz świętego spokoju. I to jest właśnie ten stan, który zostawił mnie samego na święta. Wokół zgliszcza mojej dotychczasowej codzienności i wigilia. Będę sam… Pomyślałem, że nie pozwolę sobie na siedzenie pogrążone w rozpaczy. Zrobię sobie samemu wigilie. Po prostu wydzielę z siebie taką część mnie, która będzie odpowiedzialna za opiekę nad samym sobą. Tak. Zorganizuje więc sobie wigilię. Zrobiłem niezbędne zakupy w pobliskiej garmażerii, na targu pogadując z przekupkami (a co jak szykuje wigilię to można zachowywać się jak gosposia) zrobiłem resztę zakupów, kupiłem choinkę i do dzieła. Gotowy na wszystko przygotowałem wieczerze.
Zawsze przerażała mnie obfitość stołu, więc postanowiłem tak jak zawsze chciałem by wyglądały moje wigilie: skromnie, bez zadęcia, ale z troską o wewnętrzną równowagę a może nawet jakąś duchowość, ciepło. Skupienie uwagi na tym, co ważne, na wnętrze? Dlaczego nie, skoro tak chcę to sobie przecież mogę to zorganizować? Plan był taki: wszystko ma być przygotowane, ale stół nie będzie centrum uwagi, nie będzie nim także telewizor. Zastąpi go dobra nastrojowa muzyka. Żadnych sentymentalizmów, kolęd z płyty śpiewanych rodzinnym chórem. Jak wigilia dla mnie to dla mnie, przecież nie muszę się do nikogo dopasowywać. Mogę sprawę całą przeprowadzić po swojemu od początku do końca. Dla mnie proszę jazz. W miarę planowania i realizacji pomysł zaczął mi się poważnie podobać, czułem ożywienie, radość na myśl o chwili, która nadciąga i wreszcie nagciągneła.

Włączyłem muzykę, nalałem sobie obowiązkowego kielonka, na talerzyk śledzika i zacząłem ubierać choinkę. Tak, cały wieczór ubierałem choinkę w zakupione wcześniej cacuszka. Bombek niewiele, za to szmaciane zabaweczki, dziewczynki na księżycu, koronkowe aniołki, domki z piernika. Kraina z baśni i moja prywatna, prywatnie tworzona choinka, taki ”sekret performance”. Mała cicha artystyczna akcja dla samego siebie, nic nieznacząca, nic nieprzekazująca, otulająca po prostu samego mnie troską o siebie. Doświadczenie niezwykłe, tak dojmująco piękne i ciepłe, że trudno to w ogóle przekazać. Może gdybym potrafi napisać o tym Kolendę, ona potrafiłaby opisać taką wspaniałość.