Spis treści

Siedzę i patrzę na krzątaninę trzech kobiet. Pierożki, pilmieni, kapusta z grochem. Nadchodzi wigilia. Czas rodzinny lub czas smutku. Dla tych otoczonych rodziną czas radosny, dla samotnych czas smutku. Taka wigilia wydaje się być czymś najbardziej samotnym na świecie. Wtedy pęka nasz nieprzemakalny płaszcz formy i zostajemy wyjęci z własnych wyobrażeń jak małże ze skorupki. Miękcy, bezbronni siedzimy na krawędzi olbrzymiego rodzinnego stołu i czujemy samotność do głębi każdej komórki. Ta przejmująca wizja, nie jest niestety pełnym obrazem sytuacji.

W sieci znalazłem wiele gorzkich słów w stylu „Nienawidzę świąt, bo są kabotyńską farsą. Wtedy czuje się szczególnie samotny”. Samotność w święta przy rodzinnym stole jest być może jeszcze bardziej przyjmująca. Wtedy wszechświat przestajemy widzieć z pozycji bezbronnego skorupiaka. Przestrzeń staje się gęsta, zaludnia się postaciami niezrozumienia, mglistymi i zwiewnymi niczym duszący dym. Przy stole siedzą nasi „bliscy”, toczy się rozmowa a my widzimy jedynie duszące opary obojętności. Ten świat tam za kuloodporną szybą naszej samotności jest daleki, obcy, obojętny na nas. Jest jednak pełen zgrozy, że to się nigdy nie zmieni, bo ci moi bliscy są tu koło mnie. A ja jestem nadal samotny. Taka samotność nie tylko przeraża, ale także dusi, tym najgorszym rodzajem, uchwytem tonącego. Bo nie ma już żadnej nadziei, wszystko jest jak jest, powinno być dobrze a nie jest. Byłoby nawet do zniesienia gdyby to była moja rodzinna rodzina a nie ta moja, bo dokonana z wyboru. Innymi słowy, dopóki jestem u rodziców poczucie pewnej obcości jest do przyjęcia, ale co za zgroza, gdy samotnością wieje pomiędzy mną a żoną i dziećmi! Miałem zwyczaj uciekać z takich świąt. Gdzieś na wycieczkę, do innego miasta i wówczas nadciągał ten drugi rodzaj samotności, byłem sam.