" Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi niska, ani tego, co jest w wodach pod ziemią!"
Stary testament, Księga wyjścia, Dekalog


"Teoria względności głęboko wpływa na to, jak postrzegamy materię, zmuszając nas do zasadniczego zmodyfikowania pojęcia cząstki. W fizyce klasycznej masa przedmiotu zawsze była związana z niezniszczalną substancją materialną z pewnym "tworzywem", które uważano za budulec wszystkiego. Teoria względności pokazała, że masa nie ma nic wspólnego z żadną substancją, lecz jest formą energii." 
Tao Fizyki, Fritjof Capra

Pomiędzy powyższymi cytatami zachodzi różnica czasowa ponad 2000 lat wypełnionych budowaniem kultury, której struktura pojęciowa, estetyczna i  rozumowa oparta jest na strukturze obrazu.  Zbudowana jest z elementów komponujących się w większe całości, logicznie skonstruowane, hierarchicznie zaplanowane tworzą obraz rzeczywistości. U jej podstaw leży  atomistyczna koncepcja Demokryta,  zwieńczona kartezjańskim stwierdzeniem "myślę więc jestem", wprowadzającym zdecydowany podział na Ja (ego) i nie Ja, czyli cały świat. Na takim podziale niewątpliwie zyskała nauka, zwłaszcza nauki ścisłe. Niewątpliwie jednak, w skutek tego jednostka straciła łączność z innymi jednostkami, współ mieszkańcami ziemi, oraz przyrodą. Na drodze kulturowej ewolucji stworzyliśmy sytuację szczególną, w której niewątpliwe osiągnięcia (takie jak zdobycze techniki ułatwiające nam życie) odwracają się przeciwko swoim twórcom, dewastując środowisko w którym żyjemy. Przede wszystkim jednak stawiając człowieka w pozycji wyjątkowego osamotnienia.

To co na prawdę czyni  nasz czas wyjątkowym, to rola jaką pełni w naszym życiu intelekt. Jest on wszechogarniającym panem naszego działania.
 

  • Nasze życie jest zaplanowane, przemyślane i ułożone od początku do końca.
  • Nie ma w nim miejsca na dzikość i nieskończoność, te bowiem nie znajdują swego odzwierciedlenia w intelekcie. Mogą być sklasyfikowane, opisane i uszeregowane, nie mogą być jednak przez rozum zainicjowane.
  • Spontaniczność jest dla umysłu nieuchwytna, dla niego jest ona jedynie szaleństwem, czyli czymś chorym  i niegodnym poznania.
  • To chyba podstawowe i zasadnicze ograniczenie naszego czasu, Jesteśmy pozbawieni spontaniczności.

Być spontanicznym zaś  to znaczy umieć wykroczyć poza zapisany kulturowo obraz życia, to znaczy ulec przekonaniu, że życie ma swoje prawa, których nie musimy tworzyć - ale możemy ich doświadczać.
Zestawiając początkowe cytaty nasuwa się pytanie:

  • Dlaczegóż w dekalogu znajduje się tak zdecydowany zakaz obrazowania?
    oraz:
  • Jak sporządzić obraz energii!

Wniosek jest szokujący:
Jeżeli masa jest jedynie specyficzną manifestacją energii, to nie sposób uczynić jej wiarygodnego obrazu, każdy który jesteśmy w stanie wykonać jest fikcją, która wprowadza nas w  pojęciowy chaos. Widać prawda ta nie była obca w starożytności, skoro znalazła się na Mojżeszowych tablicach.

Zapewne stwierdzenie to brzmi  paradoksalnie, bowiem pojęciowym chaosem zwykliśmy określać wszystko co otworzyło się po tym jak pękł jednolity, solidny i spójny obraz rzeczywistości.
Z opisanej tu perspektywy wynika jednak, że dotychczasowa kultura była oparta na błędzie, który konsekwentnie podtrzymywany doprowadził  nas w ślepy zaułek. Nasz wszędobylski i ekspansywny intelekt stworzył obraz świata, dzięki któremu mogliśmy go analizować i opisywać. Tymczasem istota rzeczy tkwi w tym że prawdy nie trzeba tworzyć, ona już jest, istnieje zapisana w każdej chwili naszego życia, trzeba ją jedynie doświadczyć i uświadomić. Nie sposób jej wypowiedzieć bowiem jej podstawą jest paradoks, więc wszystko co jesteśmy w stanie opisać przy pomocy logicznego i analitycznego  języka jest jedynie półprawdą.
Jeśli poddałem w wątpliwość sens logicznego myślenia, to nie po to by go odrzucić, ale po to by poza nim szukać rozwiązania. Nie sposób wykroczyć poza obraz posługując się obrazkowym systemem myślenia. Trzeba uczynić coś co w nas samych wytworzy przestrzeń niezbędną na przyjęcie nowego. Rozwiązanie okazuje się banalnie proste i zawiera się w wyrażonych powyżej wątpliwościach. Jeżeli wszystko co jestem w stanie powiedzieć, opisać czy zrozumieć jest z konieczności ograniczone i  niepełne, to nic co wiem nie jest niepodważalne, a w związku z tym jedyne co na pewno mogę powiedzieć to - wiem że nic nie wiem.

To stwierdzenie szczególnie trudne do wypowiedzenia - bowiem wypowiedziane ze szczerym przekonaniem w stosunku do samego siebie stawia już mnie, a nie tylko społeczeństwo w stanie kryzysu. Tym bardziej przykrego, że jeżeli nic nie wiem, to cóż osiągnąłem przez 40 lat życia.
Wypowiedziane do innych brzmi jak  banał, wielokrotnie powtarzany nudny i nie odkrywczy, a w tej kryzysowej kulturze wszystko przecież powinno być odkrywcze. Cóż, niewiele się da na to poradzić; widocznie najwyższy stopień niewiedzy musi boleć; gdyż jest to wiedza wypowiedziana już nie do innych ale do samego siebie. Nie szukająca potwierdzenia ale rozwiązania. Dopiero takie postawienie sprawy daje nam szansę na odnalezienie nawego porządku rzeczy, przestajemy bowiem tworzyć rzeczywistość a zaczynamy jej doświadczać. Jest to jednocześnie ten stan świadomej niewiedzy, który ma szanse dostrzec coś nowego.

Po takim wstępie chciałbym państwu opowiedzieć o inaczej uszeregowanej rzeczywistości, której doświadczam od kilku lat. Jest ona w opisie tak samo banalna jak stwierdzenie ją inicjujące ( wiem, że nic nie wiem) Zupełnie inaczej jawi się gdy jest doświadczana. Czynnikiem ją inicjującym jest pewien mechanizm artystyczny, nazwany przeze mnie "grą". Jego zasadą jest brak logicznych, narzucanych zasad. Jest jedynie pewna jej organizacja a to ta mianowicie, że partnerzy siedzą na przeciwko siebie i przemiennie malują na kwadratowym podobraziu, Obraz będący w planie materialnym efektem takiego spotkania, jest błahostką wobec doświadczenia towarzyszącego tworzeniu go. Jednak wspomnieć o tym wydaje się rzeczą istotną. Bowiem to, o ironio, poprzez tworzenie obrazu udaje się wykroczyć poza schemat obrazowego życia. W  prostej organizacji gry zostaje przełamana podstawowa zasada naszej cywilizacji, podział na ortodoksyjne Ja oraz resztę świata. Poprzez wspólny arkusz malarski partnerzy nie mają szans obrony swoich granic, choć czynią to oczywiście, bowiem tak jesteśmy wychowani. Ale praktycznie donikąd nie może to zaprowadzić, mają bowiem tylko jeden wspólny arkusz. O ten arkusz będą toczyć walkę dopóty, dopóki nie uświadomią sobie, że żaden z nich nie może wygrać, że muszą znaleźć jakiś konsensus, jakąś płaszczyznę porozumienia. Nie wystarczy to sobie uświadomić, trzeba tego doświadczyć. J w tym miejscu pęka obrazkowy sposób pojmowania. Doświadczamy bowiem, wówczas siebie w nieograniczonym kontinuum życia, gdzie ja i partner stanowimy w jakiś sposób jedno. To bardzo silne doświadczenie i przeżycie,   pokazuje ono nam, nas samych jako ludzi zdolnych do współodczuwania i  szczęścia.
Chciałbym tutaj zaznaczyć, że to o czym mówię nie jest koncepcją, ale opisem wielokrotnego doświadczenia. Nie wymyśliłem niczego szukając potem potwierdzenia, doceniłem jedynie przypadkowe doświadczenie. Inicjowałem go później wielokrotnie obserwując jego prawidłowości, poszukując zasad i ograniczeń.

Ta gra nie ma reguł, nie prowadzi też do niczego takiego jak sukces i porażka, a mimo to zachodzi zjawisko gry, wyrażone poprzez zmaganie, emocje, głębokie doświadczenie. Jeżeli więc ta gra nie ma reguł, jeżeli podejmując ją nic nie trzeba o niej wiedzieć , jeżeli wreszcie reszta zdarzy się sama, to znaczy, że to Ty i Ja jesteśmy  zasadą i  reguła tej gry

A to oznacza, że życie niesie w sobie samym sens  istnienia, że nic nie musimy sobie ani innym narzucać. Musimy jedynie zrobić w sobie trochę przestrzeni aby usłyszeć zawartą w życiu prawdę.
Ta głęboka zmiana nastawienia polega na innym doświadczaniu własnych uczuć i własnego umysłu. W chwili gdy Ja (ego) przestaje dominować, ujawniają się uczucia stanowiące treść naszego postępowania, nasz umysł z kolei przyjmuje nową pozycję - przestaje dominować, zaczyna obserwować. Z zarządcy staje się towarzyszem, nie wtrącając się w doświadczenie, nie pragnąc panować przygląda się wszystkiemu co się wydarza. Staje się przyjacielem przychylnym nam, gotowym na udzielenie porad lecz bez wymogu akceptacji, nie natarczywym. Ta równowaga pomiędzy uczuciami - nie blokowanymi przez umysł a umysłem - nie ulegającym emocjom, jest najbardziej fascynująca. Otwiera bowiem drogę do nowego rozumienia świata otwartego na doświadczenia.

Gra nie jest praktyką tworzoną w oparciu o zaprzeczenie tego co było, choć być może wstęp mógłby to sugerować. Jest doświadczeniem dla ludzi zdecydowanych, gotowych przekroczyć zbędne granice, tych których nadmiar ortodoksji w nich samych męczy a nie fascynuje. Muszą być to ludzie dojrzali do podjęcia wspólnego wysiłku rozwoju, W tym znaczeniu niczemu nie zaprzecza ani nic nie ogranicza, jest kontynuacją - przekroczeniem szczytu, punktu zwrotnego. Odsłania się w tym miejscu pierwsze prawo gry - jest nim     Akt dobrej WOLI i Zawiera się on w    samej decyzji podjęcia gry. Aby można ją było rozpatrywać musi ona najpierw zaistnieć. Dwie osoby muszą po prostu podejść do stołu i zacząć malować wspólny obraz. Nie jest to w brew pozorom decyzja bagatelna, uchyla ona bowiem priorytet rozumu. Intuicyjnie czujemy, że tam w grze rządzą prawa swobody, że musimy zgodzić się na nieprzewidywalność. Z punktu widzenia umysłu logicznego jest to skok w szaleństwo lub marnowanie czasu na zbędne zabawy. Z punktu widzenia gry jest to Akt dobrej woli  inicjujący nową rzeczywistość.

Przedstawię teraz kilka najważniejszych jej  praw :

Gdy jeden z partnerów na płaszczyźnie umieści wykrzyknik, drugi z partnerów widzi spójnik - i.
Ilustruje to plansza - proszę klikną w jej obszarze by obrócić:

Jeżeli wykrzyknik " !" jest wyrazem zdecydowania, to "i" jest wyrazem spokoju miękkości, niezdecydowania. Gdy jeden z partnerów wyraża zdecydowanie drugi dostrzega w tym geście dopełnienie. Paradoks, który nie sposób logicznie wytłumaczyć. Jednak w trakcie gry staje się on jasny poprzez jego nieustanne doświadczanie. Ta zasada kosmicznego lustra skazuje nas na niekomunikatywność. Cokolwiek będziemy próbowali wyrazić świat odbierze to opacznie, w konsekwencji mówi o tym że żaden komunikat nie gwarantuje komunikatywności
 

Drugim fenomenem gry jest nierozdzielalność na Ja i nie Ja. Cokolwiek stworzę na płaszczyźnie, nie jest to jednoznaczne , jest jednocześnie:

  • moją wypowiedzią
  • ingerencją w obraz partnera
  • reakcją na jego gest
  • pytaniem co "myśli" na temat moich uczuć i postaw
  • prowokacją do reakcji

Nie sposób wyszczególnić który z powyższych czynników jest najważniejszy. Taki sposób oceny jest tu nieprzystawalny bowiem każda próba wyizolowania jednego z elementów zatrzymuje bieg gry - można stwierdzić, tak jak jeden z naszych partnerów - "Nie mogę tworzyć tezy jedynie na podstawie antytezy", ale będzie to, jak w cytowanym wypadku,  ostatni ruch na płaszczyźnie. Tym samym poprzez postulat ładu i porządku poznawczego spowodujemy śmierć przedmiotu badania.

Wszystkie te elementy są nierozerwalne, są jednością, w której pomimo wyrażania różnych aspektów i stawiania sobie różnych celów nie przeczą sobie a także nie mogą być rozdzielone. Jedyne co możemy określać to dominację jakiejś sfery nad inną, raz w moich posunięciach dominować będzie moja wyobraźnia innym razem rozdrażnienie posunięciem partnera, a jeszcze  kiedy indziej ciekaw będę jak daleko jesteśmy w stanie zabrnąć przy pomocy niebieskiego koloru. Nie oznacza to, że ulegając własnej wyobraźni nie będę mimowolnie prowokował partnera do odpowiedzi, czy rozdrażniony ruchem partnera nie odkryje ciekawych reakcji mojej wyobraźni - jest to układ zależności nierozerwalny stanowiący jedność.

Mówię tutaj o Grze jako o pewnym abstrakcie istniejącym poza mną, którego ja jestem obserwatorem. To nieprawda - w grze taka pozycja jest niemożliwa. Nie można podzielić tego doświadczenia na grę jako obiekt badany oraz na obserwatora. Wspomniana wyżej jedność rozciąga się daleko poza płaszczyznę gry, staje się praktyką, w której zarówno ja jak i mój partner jesteśmy zanurzeni, czy raczej się zanurzamy. Jest ona bowiem pewnym procesem, zaczynającym się od kłótni, poprzez zrozumienie że tu nikt nie może wygrać na doświadczeniu jedności kończąc. Jest to równoznaczne z wyjściem (poprzez akt dobrej woli) z naszej rzeczywistości przesyconej radykalnym podziałem na Ja i nie Ja. Przejściem poprzez zrozumienie wartości konfliktu, zakończeniem na  poczuciu jedności świata, gdzie podział na Ja i nie Ja jest tak samo niemożliwy jak rozdzielenie różnych aspektów gry.
 

Jednocześnie chciałbym tu przytoczyć wypowiedź jednego z moich partnerów

"Na początku była to zabawa: proste znaki malowane na przemian przez grające osoby. Po chwili zmieniła się ona w pewnego rodzaju agresję. Z coraz większą zaciekłością odpowiadałam moimi znakami na twoje, aż nagle coś we mnie pękło. Zastanawiałam się nad znakami, które stawiam, kolorami, które dobieram. Nie pasowały do mojej wieży. Były naturalnym spontanicznym odruchem, czymś niezwykle prawdziwym i moim. Poczułam się oszukana przez siebie samą . Wieża, którą w sobie zbudowałam okazała się jeszcze jedną sztuczną konstrukcją, złą, bo opartą na nie mojej naturze, ale znowu na wyobrażeniach, a może nawet na marzeniach o sobie. Podczas gry nie było czasu na wymyślone wizje. Nie było czasu na przemyślane decyzje, nawyki, wychowanie, kompleksy, kulturę w której żyłam, religię. Byłam tylko ja ze sobą i prawda o mnie. Gra była dla mnie przede wszystkim spotkaniem mnie ze sobą."

Oto nowy  aspekt, doświadczając gry możemy osiągnąć bliski i dobry kontakt ze sobą samym, ze swoimi reakcjami. Doświadczyć siebie poczuć swój rytm.

Zestawiając dwa powyższe wnioski:

  • zakończeniem jest   poczucie jedności świata, gdzie podział na ja i nie ja jest  niemożliwy.
oraz
  • Byłam tylko ja ze sobą i prawda o mnie. Gra była dla mnie przede  wszystkim spotkaniem mnie ze sobą.

To paradoks na miarę jedności spójnika z wykrzyknikiem.  Doświadczamy jedności świata jednocześnie doświadczając jedności siebie. Sądzę, że jedno bez drugiego nie może istnieć, nie możemy doświadczyć siebie nie akceptując świata, ani nie możemy zaakceptować jedności świata nie doświadczając siebie.
Gra jest mechanizmem społecznym, dwoje ludzi świadomie wchodzi we wzajemne relacje, powoli je porządkuje osiągając poczucie jedności i poprzez to osiągają poczucie siebie.
Coś  co można by nazwać wędrówką z drugiej strony reprezentują takie systemy filozoficzne jak - Buddyzm czy Sufizm. Tam adept,  kierowany wskazówkami mistrza zgłębia siebie pozwalając swojej energii na swobodny przepływ na jej podążanie w dół i w górę, na połączenie się poprzez nią z niebem i ziemią. Jest to wędrówka poprzez siebie ku doświadczeniu nirwany czy oświecenia, czyli stanu łączności z wszechświatem.
Wynika z tego, że nieistotne jest czy zaczynamy swoją wędrówkę od zgłębiania siebie czy od kontaktu z drugim człowiekiem. Jeżeli będziemy rzetelnie podążać tą ścieżką, dotrzemy do jej przeciwstawieństwa; rysując wykrzyknik narysujemy spójnik.

Reasumując jesteśmy nie tylko jednością, czy nie tylko jednostkami. Jesteśmy jednocześnie i tym i tym, jesteśmy jednostką w jedności. Niczym foton niesiony falą światła.

Aby to zilustrować, posłużę się dwoma malarskimi atrybutami, kolorem i konturem:
Jeżeli kolor powszechnie odczuwamy jako uczucie, jako wyrażenie naszych emocji, to równie bezspornie przyznajemy kształtowi zdolność wyrażania intelektu.
Wyraża się on ową linią graniczną pomiędzy przestrzenią a formą. Odzwierciedla umiejętność odszukiwania problemu, określania jego granic, zatem:

  • barwa jest opisem uczuć
  • kontur  jest  wyrazem  intelektu

Trzeba jednak stwierdzić, że barwa nie jest tworem wyabstrahowanym z rzeczywistości, lecz jest jakby wypełnieniem konturu. Barwa nie może być pozbawiona konturu, nawet najbardziej miękkie przejście pozwala uchwycić choćby wrażeniowo granice koloru. 
Inaczej jest z konturem. Może on być wewnątrz pusty, możemy go wypełnić barwą albo nie.
Kontur może żyć, życiem samoistnym.

  • barwa jest opisem uczuć
  • kontur jest  wyrazem intelektu
  • barwa nie może istnieć bez konturu
  • kontur może istnieć bez wypełniającej go barwy
  • uczucia nie mogą istnieć bez intelektu
  • intelekt może istnieć bez uczuć
  • uczuć nie sposób oddzielić od rozumu
  • intelekt daje się z łatwością oddzielić od uczuć

Połączmy wszystkie te wnioski w jeden:
Nasz intelekt, a co za tym idzie cała nasza dotychczasowa kultura popełniła grzech rozdzielenia się z życiem, jest niczym wewnętrznie pusty kontur. Mówimy o kryzysie kultury, o kryzysie obecnej cywilizacji. Mówimy, że wszystko już było, że trudno być teraz twórczym. Tymczasem okazuje się że jesteśmy dopiero na początku.
Obecny  czas,  to  budowanie kultury na miarę życia a nie jak dotychczas życia na miarę kultury. Do tej pory szukaliśmy porządku na zewnątrz siebie. Jakiegoś ideału, do którego będzie można dążyć nieustannie się ulepszając. Popełniliśmy jednak błąd osierocenia samych siebie.

Nie powinniśmy poszukiwać spójnego obrazu świata, nie musimy niczego łączyć, bowiem wówczas ponownie opieramy się na świecie poza nami, poza sobą. Nie zmieniamy zasady a jedynie próbujemy odnaleźć wspólny mianownik naszych wysiłków. Jest to de facto próba powrotu do jednego, monochromatycznego obrazu świata. Rozwiązanie, jak się wydaje, leży gdzie indziej,  w odmiennym traktowaniu siebie i swojego doświadczenia. Na dobrą sprawę cóż nam przeszkadza że ktoś ma inny obraz rzeczywistości niż ja. Jeżeli będziemy się odwoływać do wspólnych doświadczeń podstawowych, wówczas to czy mamy podobne obrazy rzeczywistości czy inne może przestać być groźne a nawet stać się   interesujące. 

Istotnym dla jednostki jest chyba przede wszystkim fakt, iż ta rzeczywistość doświadczana jako kontinuum jest rzeczywistością człowiekowi przychylną. Doświadczając jej czujemy się wreszcie na miejscu, bez potrzeby nieustannego potwierdzania siebie, istnienie jest tam faktem niezbywalnym.
Budując kulturę konsekwentnie nastawioną jednostronnie na  rozwój tak techniczny jak i mentalny, zignorowaliśmy zupełnie rozwój duchowy. Uznając go jako integralną część religi i pozostawiając Bogu co boskie, zajmując się jedynie tym, co cesarskie stworzyliśmy kulturę o duchowości dyktowanej scjentyzmem. Tenże podejrzliwie traktując mistycyzm odgrodził się od niego. Nie ma w tym nic dziwnego, by odróżnić mowę mądrą od głupiej wystarczy człowieka inteligentnego, by odróżnić milczenie mądre od milczenia głupiego potrzeba jest mistrza. Nie  mogąc go objąć rozumową interpretacją, a także bojąc się nadużyć i pomyłek między mistycyzmem a mistyfikacją pozostawiono rozwój duchowy w granicach wiary.
Takie systemy filozoficzne jak Buddyzm, czy Sufizm pokazują jednak, że rozwój duchowy możemy postrzegać rozdzielnie z wiarą. W buddyzmie na przykład jedyne w co buddysta powinien wierzyć to fakt, że kiedyś istniał niejaki Siddhartha Gautama, który to dzięki osiągnięciu najwyższego stanu umysłu  zwany jest Buddą i że stan taki możliwy jest do osiągnięcia. De fakto jest to wiara w możliwość innego zorganizowania rzeczywistości niż ten, który podaje nam codzienność.
W sytuacji, w której znalazła się nasza kultura, zarówno dobra materialne jak i intelektualne są stosunkowo proste do zdobycia, istnieją powołane odpowiednie instytucję służące pomocy i kształceniu. Mimo takiej łatwości w zaspokajaniu tych potrzeb coraz powszechniej wiadomo, że nie rozwiązują one naszych podstawowych problemów.  Możemy zapewnić sobie gruntowne wykształcenie czy względny dostatek. Nie jest to nieosiągalne, być może czasem trudne czasem pracochłonne - jest jednak realne. Dużo gorzej sprawy mają się w sferze uczuć i one obecnie stanowią najbardziej poszukiwany dobro. Wśród nich najcenniejszą zdobyczą jest miłość, jest ona najbardziej poszukiwanym "towarem" końca dwudziestego wieku. Najbardziej poszukiwanym ponieważ jej popyt znacznie przewyższa podaż, towarem ponieważ tak jak innych towarów szukamy jej na zewnątrz nas, chcemy by przyszła ona z zewnątrz i zaspokoiła nasze potrzeby, traktujemy ją dokładnie tak jak towar.

Tymczasem duchowość rządzi się swoimi prawami, miłość jest raczej relacją umysłu do cielesności niż stanem zapełnionej pustki. Nie możemy od świata żądać, by spełniał w tym miejscu nasze zachcianki, a nawet jeżeli to się zdarzy to i tak nie doznamy zaspokojenia. Bowiem zaspokojenie jest pracą, odkrywaniem siebie jako "Jednostki w jedności",  Możemy to  osiągnąć jedynie porządkując nieznaną nam obecnie sferę duchowości. Z zasadniczej triady Duch - Ciało - Materia, ten pierwszy aspekt jest najbardziej zaniedbany. Nauka w swoim obecnym kształcie rozwijała się w uzupełnieniu a także w opozycji do kościoła. Najlepszym z jej prekursorów zafundowano w nagrodę ogniste stosy, lub deklaracje lojalności. Musiał to być olbrzymi wstrząs dla nowo rodzącej się dziedziny, skoro do dziś kwestię duchowości omija z daleka. Tymczasem jest to taka sama sfera naszego istnienia jak intelekt, czy finanse, tak samo musimy ją badać, wyciągać wnioski i poznawać świat widziany jej oczyma. Musimy stworzyć również aparat badawczy a także metodologię dla tej specyficznej dziedziny. Jesteśmy dopiero na początku i jest wiele do zrobienia, a uniknąć się tego nie da, bowiem w krajobrazie naszego istnienia zdecydowanie brakuje  usystematyzowanego spojrzenia z tej perspektywy. Nie jest to postulat utopijny, jest on czysto praktyczny. Znajdujemy się w stanie kryzysu i potrzebujemy znaleźć z niego wyjście. W teorii zarządzania jest takie twierdzenie: "Przedsiębiorstwo przeżywa kryzys jeżeli nie jest w stanie wypełniać swojej misji".  Misją naszej cywilizacji było uczynić sobie ziemię podległą, tą misje wypełniliśmy, skutki tego okazały się zupełnie nie zadawalające. Są one wręcz dewastujące dla środowiska w którym żyjemy. Zarówno fakt wypełnienia naszej misji jak i niezadowolenie z jej skutków postawiło nas w stan kryzysu. Obecnym zadaniem jest sformowanie nowej misji dla nas i kreowanego przez nas świata.

Nie możemy tego jednak uczynić bez rozpoznania sfery duchowości, bowiem bez niej jesteśmy jedynie Turystami  lub Włóczęgami.  Ona daje nam tę wyjątkową i jedyną możliwość zakotwiczenia w codzienności, czucia się na miejscu gdziekolwiek się znajdujemy. Dopiero spojrzenie na rzeczywistość z pozycji doświadczenia duchowego daje nam możliwość poczucia się Jednostką w jedności. W tym świecie nie istnieje nic co  moglibyśmy z niego wyizolować, wyrwać, jest to kontinuum gdzie intelekt, materia i duchowość są przejawami tej samej jedności, nie możemy więc badać miłości jako czynnika wyizolowanego. Zwłaszcza, że ona sama zdaje się być miernikiem nas samych w relacji z innymi. Używam pojęcia miłości w sposób  wyznaczający właśnie tą relację, miłość traktowana jak towar przywłaszcza sobie wszystko co jest jej obiektem tym samym zniewala go. Miłość w moim ujęciu jest raczej stanem duszy, lecz także ciała i umysłu, jest akceptacją i pogodzeniem. Jest przepełniającą jednostkę falą pogody, oddziaływującą na innych. Jest więc relacją nas samych ze sobą oraz nas w relacji z innymi.
Wobec tego musimy badać ekologię miłości, czyli relacje emocjonalne jednostki w jedności, biorąc pod uwagę wszystkie praktyczne sfery aktywności ludzkiej.

Gra jest nieśmiałym wejrzeniem w sferę duchowości, próbą odnalezienia jej już nie jako sakrum, ale jako codziennej praktykę niezbędnej  każdemu człowiekowi.  Praktykę nie będącą w sprzeczności z materią, bowiem materia jawi się obecnie jako sfera iluzji, duchowość zaś coraz częściej stanowi podstawę zdrowej egzystencji. Tymczasem dzieje się tak dzięki technikom rozwoju zapożyczonym ze Wschodu, jednak dla naszej kultury jest to technika obca, niebezpieczna, bowiem łatwa do przekłamania. Potrzebujemy otworzyć własny rozdział praktycznej duchowości, odpowiadającej na codzienne potrzeby, bez górnolotnych ideałów i teorii, musi to być coś co narodzi się samo. Opisywana przeze mnie Gra może stać się podstawą takiej praktyki, pod warunkiem że pozostanie ona praktyką opisywaną w teorii, nie zaś teorią stosowaną praktycznie. Dlatego rozsądnie jest każdy teoretyczny tekst o grze kończyć rozsądnie, bez zbytecznych wniosków, natura gry jest wielowątkowa, każdy zbyt ścisły wniosek może przesunąć szale w kierunku teorii stosowanej praktycznie. Rozsądniej jest powiedzieć:

Nie wierzcie ani jednemu mojemu słowu, spróbujcie sami.

Roman Pukar