Przyznam, że w pierwszym czytaniu tekst pani prof. Jadwigi Mizińskiej, "Outsider jako wytwórca i męczennik niezrozumienia" wprowadził mnie w rozdrażnienie, którego powodem było ostatnie - podsumowujące go zdanie : "Kłaniajmy się więc Outsiderom, ale im nie współczujmy". Sądzę bowiem, że współczucie jest potrzebne każdemu człowiekowi, niezależnie od tego czy jego niedostosowanie nosi znamiona geniusza, zboczenia, czy inności. Najsmutniejsze wydaje mi się bowiem to, że wszyscy myślą wyłącznie o sobie, zaś liczą wyłącznie na innych.


Rozmowa Barbarzyńcy z Ogrodem 
Jadwidze Mizińskiej z przyjaźnią

"Książkę tę poświęcam tym, którzy nie obawiają się cieszyć stresem pełni życia
a jednocześnie nie sądzą naiwnie, że mogliby to czynić bez intelektualnego wysiłku. 
Hans Salye - Dedykacja do książki "Stress życia"


Przyznam, że w pierwszym czytaniu tekst pani prof. Jadwigi Mizińskiej, "Outsider jako wytwórca i męczennik niezrozumienia" wprowadził mnie w rozdrażnienie, którego powodem było ostatnie - podsumowujące go zdanie : "Kłaniajmy się więc Outsiderom, ale im nie współczujmy". Sądzę bowiem, że współczucie jest potrzebne każdemu człowiekowi, niezależnie od tego czy jego niedostosowanie nosi znamiona geniusza, zboczenia, czy inności. Najsmutniejsze wydaje mi się bowiem to, że wszyscy myślą wyłącznie o sobie, zaś liczą wyłącznie na innych. Jednak po drugim wnikliwym czytaniu nabrał on nowego -  pozytywnego znaczenia. Owo zaniechanie współczucia odebrałem teraz jako głos  rozsądku pozbawiony sentymentów, oraz taniego rozczulenia. 
Poczułem się wywołany do tablicy, ale także wyrzucony na aut, jednak zachęcony do dialogu do obrony własnej zależności. 
Problematyczna wydała mi się jednak klasyfikacja zagadnienia, ten podział na Insidera i Outsidera, który był zapewne prawidłowy i czytelny w chwili gdy Jadwiga  pisała swój referat, jednak w chwili jego wygłoszenia nastąpiła zmiana. Obrazując ją trzeba inaczej przedstawić ów modelowy pokój do którego wchodzimy by poznać swój punkt widzenia na wspólne wszystkim Insiderom doświadczenie. Potrzeba zburzyć ściany, zachowując architekturę wnętrza, uzyskamy w ten sposób już nie hermetyczną przestrzeń wspólną dla tych którzy wewnątrz, lecz coś na kształt krajobrazu.  Jego obserwatorzy posiądą jednak nową jakość,  to znaczy zdolność obserwacji tego co na zewnątrz. Tego co dotychczas nieznane, odczuwane jako zagrażające obce, wrogie. To zmiana niezwykle ważna - wskazuje bowiem na potrzebę oswojenia nie oswojonego, dostrzeżenia tego co dotychczas nie chciane, poszerzeniem i szansą możliwości poznania. 
Również Outsidera stawia w nowej sytuacji, już nie jest on tym na zewnątrz, odpychanym i odpychającym, zaczyna się nawet cieszyć pewnym zainteresowaniem, staje się poniekąd atrakcyjny i jak wskazują ostatnie słowa wspomnianego tekstu już nie w sposób ckliwy i sentymentalny lecz rozumny, pełen godności i powagi. To nowa perspektywa zmieniająca zasadniczo jego stanowisko, bo skoro nie jest już trwożnie wypychany na zewnątrz, lecz dostrzegany  i opisywany przestaje być tym obcym. Staje się kimś nowym, nadal nie zasymilowanym, nadal niekomunikatywnym, lecz  dostrzeżonym posiadającym prawo bytu. Nie może być już więc mowy o Outsiderze,  bowiem ściany odgradzające nie istnieją, nie istnieje też już podział na to co wewnątrz i na zewnątrz. Aby zrozumieć sytuację trzeba również zauważyć, że tam na zewnątrz także istnieje jakiś pejzaż, jakaś przestrzeń, jakiś krajobraz w którym ów indywidualista wiedzie życie. Jest to ogród nie znamy Insajderom, zaczyna być jednak zapoznawany.

Podział na swoich i obcych narodził się zapewne w czasie , kiedy kultura była jeszcze młoda i ciągle potrzebowała rozwoju, otaczający ją świat wydawał się jej zagrażać, dodatkowo potrzebowała określenia się, nazwania, wyizolowania z tła. Barbarzyńca był więc kimś odzwierciedlającym owo zagrażające tło.  Obecnie sytuacja uległa tak dramatycznej zmienię, że podział na tych wewnątrz oraz na tło jest niemożliwy, sztuczny, wyidealizowany i wydaje się potrzeby jedynie po to by utrzymać jakiekolwiek, choćby pozorne wrażenie wspólnoty. Jest potrzebny jako miraż tła.

 


 

 

W chwili gdy realna i możliwa do zrealizowania jest zabawa w ucieczkę przed zachodem słońca (wystarczy jedynie zmieniać nieustannie samoloty lecąc niezmiennie na wschód.  Przy odrobinie sprytu oraz mądrze ułożonym rozkładzie lotów mamy szanse po kres swych dni żyć na godzinę przed zachodem słońca) podział na tych wewnątrz i tych na zewnątrz wydaje się nieszkodliwym dziwactwem. Być może to właśnie dlatego ściany owego modelowego pomieszczenia skruszały i zaczynają się walić, otwierając  widok na obiecujący pejzaż. Nie ma w nim miejsca na tych co wewnątrz i na tych co na zewnątrz, to raczej nieustający dialog kultur. Kultur w znaczeniu geograficznym oraz kultur w znaczeniu przestrzeni duchowej. Właśnie przestrzeni, bowiem jak zauważyła w swym artykule  Jadwiga, Outsider nie żyje we wspólnym dla wszystkich Insiderów pomieszczeniu lecz raczej w pewnej przestrzeni, postawiony w obliczu absolutu postrzega rządzące nami prawa w sposób odmienny. Nie angażuje się w spory wspólnot bowiem te wydają mu się jedynie prawem wspólnot, nie zaś absolutu, on zaś został skazany na uczestnictwo w obrzędzie wszechrzeczy, gdzie ziemia wydaje mu się planetą ludzi, wspólnota zaś jedynie jej fragmentem. Nie może to co fragmentaryczne górować nad tym co ogólne, to zasadnicza wiedza Outsidera. Straszna bowiem paraliżująca swą oczywistością a jednocześnie stawiająca osobę taką w obliczu dwu okrutnych pytań:

Pierwsze z nich brzmi - czy naprawdę moje doświadczenie absolutu jest prawdziwością a nie jedynie urojeniem. Ta wątpliwość pcha człowieka bez przyjaciół do wewnątrz grupy, to nie samotność lecz upiorna niepewność siebie i swego doświadczenia. Upiorna bowiem nie potwierdzona, nie zaakceptowana, więc nieważna, samochwalcza. Lecz któż mógłby potwierdzić Outsidera, przecież nie Insider, on bowiem oczekuje komunikatywności i innego spojrzenia na znane mu sprawy, w kwestiach nieznanych oczekuje przewodnictwa. Insider nie rozumie Outsidera bowiem nie rozumie jego rozerwania w niepewności, czy raczej zagubienia w pewności siebie. Outsider zaś rozpaczliwie poszukuje potwierdzenia tego co dla niego oczywiste, praw absolutu, szuka tego potwierdzenia, bowiem czuje, że wszyscy żyjemy na jednej planecie, że jesteśmy jednią, która wydaje się w sposób oczywisty mówić o tym że rzeczywistość nie ogranicza się do pomieszczenia lecz rozciąga daleko w przestrzeń, że wspólnota jest  faktem nie mirażem. Każde więc odrzucenie, będące objawem ucieczki od wolności jest dla Ousidera powodem zwątpienia w prawdziwość swego objawionego doświadczenia, powodując rozterkę i zwątpienie.

Drugie jest pytaniem o sens wysiłków przekazu, przychodzi w chwili, gdy Autsider staje się na tyle silny, że przestaje potrzebować potwierdzenia, zaś jego doświadczenie i wiedza stają się użyteczne i owocne. Brzmi ono: Czy mam prawo burzyć baśń - może urojony lecz wygodny i bezpieczny świat ludzi, ukazując im prawdziwy lecz niepewny i nieznany obraz wszechrzeczy. To pytanie jest implifikowane przez pierwsze jest następstwem i konsekwencją tegoż, konsekwencją o tyle przykrą i niebezpieczną, że nikt żaden człowiek choćby najbardziej silny, niezależny i twórczy nie ma ochoty "zginąć na krzyżu" choćby czekała go w zamian chwała i nieśmiertelność.  Wobec tego tajemnica brani sama siebie, nie ma bowiem racjonalnych przesłanek by objawiać swą trudno zdobytą wiedzę a w zamian za to być niezrozumianym, potępionym i odrzuconym. W końcu niech męczą się sami, widać im tak dobrze. Nie jest to sprawa niestety tak prosta, bowiem ten na zewnątrz zna prawdę podstawową, a to tą mianowicie, że jesteśmy sobą i nie sobą jednocześnie. Że Ja choćby nie wiem jak wspaniałe dostojne i oczywiste jest jedynie fragmentem większego Ja, większej ogólnoludzkiej całości i to nie w sposób rozumowy i wyidealizowany lecz prosty codzienny i doświadczany. Ta wiedza będzie zawsze popychała go do wspólnoty, która jawi mu się oczywistą, wspólnoty w której niczego nie trzeba uzgadniać, niczego udowadniać bowiem każdy ma prawo być sobą, iść swoją ścieżką.

Oba te pytania oddają zasadniczy konflikt Out i Insidera. Ową nieciągłość prawdy powszechnie znanej, przekazywanej poprzez tradycje, kulturę, zwyczaje, zakodowanej w każdej religii. Prawdę o "boskości" bytu, o braterstwie ludzi.  Będzie  Outsider walczyć z ową kulturowo przekazywaną prawdą, czy w najlepszym razie omijać ową kulturę przekazu. Jawi mu się ona paradoksalnie jako mądra i prawdziwa a jednak  przeszkoda w drodze do osiągnięcia wytyczonego przez nią samą celu. Ten absolutnie jasny dla niego paradoks dodatkowo czyni go niekomunikatywnym, powtórnie wyrzuca go na out rzeczywistości. Dla niego tradycja jest zbiorem relacji o doświadczeniach tych którzy byli przed nim, będzie darzyć ich szacunkiem i oddaniem, ciągle jednak będzie w nie wątpił i odszukiwał swoją drogę. Dla Insidera tradycja jest niczym drogowskaz, święta i niekwestionowana, tak jak każdy drogowskaz będzie on jej bronił, bowiem bez kierunkowskazu poczuje się zdezorientowany i zagubiony. Naruszenie drogowskazu to niebezpieczeństwo utraty kierunku, dezorientacji. Dla niego bowiem historia jest świętą tradycją, dzięki której może żyć spokojnie, pewnie czuć się w opowiedzianym i znajomym krajobrazie. Każda zmiana wydawać mu się będzie niebezpieczną, zaś odszukanie kierunku w sobie poprzez doświadczenie absolutu niemożliwe.

 


 

Żyjemy jednak w zupełnie wyjątkowych czasach, takich gdzie wszystkie drogowskazy wydaje się zmyliły krok i wskazują niedorzeczne i niepraktyczne kierunki. Historia wespół z tradycją nie zapewniają już spokoju i bezpieczeństwa, wydają się raczej być kulą u nogi, czymś co swoją nie adekwatnością w stosunku do teraźniejszości dezorientuje raczej niż pomaga. Z Stąd zapewne wynika owo spojrzenie w kierunku Ousiderów, wydają się bowiem oni kimś, kto jako jedyny mówi może niezbyt mądrze ale za to spójnie i nieco przekonywująco. A nuż znają oni jakąś prawdę która jest w ogrodzie niedostępna a przecież tak potrzebna. Prawda taka mogłaby w sposób znaczący wpłynąć na to co wewnątrz w istniejące tu zagubienie. Kryzys kultury tak dotkliwy dla Insajderów nie wydaje mi się być nieszczęściem czy klęską, lecz sukcesem mieszkańców ogrodu. Aby wniosek ten stał się jasny wystarczy dokonać podobnego zabiegu jak w przypadku pokoju zmieniającego się w ogród, tyle że obecne przemodelowanie musi nastąpić w obszarze wartości. Słyszy się przecież tyle o kryzysie wartości, który miałby być odpowiedzialny za dezorientacje tych wewnątrz.

Nie sądzę jednak by był to rzeczywiście kryzys wartości, może raczej kryzys rozumienia wartości. Jako pozycje wyjściową przyjmijmy dobro i zło, które są wartościami podstawowymi. W obrazowaniu można je przedstawić jako kontrast czerni i bieli, przeciwstawne i niemożliwe do połączenia, są zdecydowanym rozgraniczeniem rzeczywistości na dwie sfery. Ten podział zawiera w sobie dodatkową atrakcję, jest nią kierunkowość takiego podziału, w wobec niego bowiem mamy dokąd podążyć, możemy iść w kierunku dobra lub zła, mamy dokąd iść.

Ten podział nigdy jednak w praktyce nie wydawał się być aż tak klarowny, dość często okazywało się, że dobro i zło są częściami jakiejś jednej jednoczącej je sfery, niczym dwie strony tej samej monety, nierozdzielne i wzajemnie uzupełniające. W naszym modelu przedstawię je jako dwie strony (czarną i białą) jednego paska papieru. Ów pasek odzwierciedlać będzie naszą potrzebę dążenia, rozwoju. Choć rzeczywistość nie jawi się taka klarowna i prosta, to ideał jest jednoznaczny.

Od początku naszego stulecia na skutek doświadczeń pierwszej a może przede wszystkim drugiej wojny, pogłębionym totalitaryzmem sowieckim, ideał zaczął budzić wątpliwości.

Obóz koncentracyjny, ta cywilizacyjnie perfekcyjna fabraka śmierci, wydaje się być logiczną konsekwencją rozwoju naszej cywilizacji. Z punktu widzenia właściciela tej fabryki (insidera) niszczył on zagrażających mu autsiderów - czyli resztę świata.

Nie jest to odczucie osamotnione, Bułchakow w swym "Mistrzu i Małgorzacie" przedstawia szatana jako postać zdecydowanie bardziej ludzką niż ówcześnie obowiązujący system Radziecki, przedstawiany przecież jako "Idealny, Sprawiedliwy i Dobry". Obraz ideału przestaje więc być już tak cudowny i jednoznaczny, zwija się w jakąś upiorną spiralę, obróconą w stosunku do samegej siebie o 180o  staje się w połowie biały w połowie czarny, tym samym nie wiemy dokąd dążyć upadają najważniejsze kierunkowskazy, stajemy zdezorientowani. Nadal potrafimy powiedzieć co jest dobrem a co złem, tracimy jednak zdolność przyporządkowania tej definicji konkretnym rzeczywistym zdarzeniom, nasza wiedza tym samym staje się niepraktyczna. Tracimy nie poczucie wartości lecz poczucie kierunku rozwoju, jeżeli praktycznie utraciliśmy zdolność nazwania jakiegoś zdarzenia dobram lub złym utraciliśmy tym samym zdolność rozwoju poprzez nieumiejętność określenia jego kierunku. Jest więc to kryzys drogowskazów.

Profesor Bauman w swym referacie na konferencji "Czas Miejsce Obecność" w Lublinie przywołał napis umieszczony w jednej z Angielskich katedr, brzmiący "NA Przód", opisał później rozterkę dotykającą obecne społeczności wynikającą zaś z tego , że nie wiemy gdzie jest ów przód, nie wskazują go bowiem już żadne drogowskazy.

 



 

Outsider, zauważony i obdarzony choćby cieniem zaufania zmienia się , osiąga inny nieznany dotąd poziom, nabiera wiatru w żagle rozwija skrzydła i przemiania się w Barbarzyńcę, nie szuka drogowskazów bowiem wie że nie istnieją, że drogowskazem dla siebie jest on sam. Pęka tradycyjne uwikłanie Outsidera w konflikt doświadczenia, niezrozumienia oraz potrzeby potwierdzenia, stając poza nim nabiera on siły i pewności działania. Ousider był zawsze sam, ta samotność była jego klątwą ale również siłą, zmuszała go bowiem do życia jedynie tym co prawdziwe, nie ważne czy miłe czy nie, ważne że zgodne z prawami wszechświata, aby zachować swoją jakość musi żyć w obliczu prawdy, musi działać swobodnie i nieskrępowanie. Musi mieć tą siłę życia pełnią siebie, to właśnie czyni go nowoczesnym Barbarzyńcą. Tu otwiera się zasadnicza atrakcyjność i siła Barbarzyńcy. On bowiem nie pyta gdzie jest przód, on do niego dąży, jest świadomy swej agresji, nie szuka drogowskazów po prostu dąży. Agresja  w swej etymologii znaczy tyle co ruch w kierunku, przedrostek ag oznacza kierunek działania res- oznacza ruch. jest więc agresja ruchem w kierunku nie ważny jest tu kierunek, ważny jest ruch, zawsze bowiem siłą swej budowy dążymy  do przodu, ku zaspokojeniu swoich potrzeb. Potrzeb nie idei, nie wyobrażeń czy miraży, po prostu naturalnych anatomicznych potrzeb. Barbarzyńca choć świadomy nie wiąże się z tradycją, nie hamuje go ona, wie bowiem że jest ona jedynie czy aż "snem proroczym" tego co nastąpi. Wie również że nastąpić to musi, niezależnie czy się to komuś (nawet jemu samemu) podoba  czy też nie. Nie ma się więc czym hamować, trzeba żyć. Jako drogowskaz przyjmując doświadczenie siebie, a przede wszystkim tego co w nim absolutne. Nie w umyśle bowiem leży jego zdecydowanie, jego drogowskaz, lecz w prostocie  transcendencji. Jeżeli bez kompleksów spojrzymy na naszą kulturę, łatwo dojrzymy, że sięgnęła ona szczytu, tyle że ów Mont Blank pokrywa zimna skorupa lodu, chłodna i mrożąca krew w żyłach. Ideał okazał się niegościnny, chłodny i wymagający jednocześnie nie wskazujący wyjścia. Bo gdzież można jeszcze dążyć będąc u szczytu. Można dążyć  jedynie w dół, ku ziemi, zwykłości, przyziemności i codzienności.

A cóż słychać w owej powszechnej przyziemnej i rokendrolowo rozkrzyczanej codzienności, wydaje się że owa rzeczywistość zna jakieś prawdy tam na Mon Blank niedostępne, śpiewane jednak tu na dole w sposób zwykły i oczywisty, cieszące się popularnością i uznaniem. Przyjrzyjmy się im, owym prawdom codziennym, za przykład weźmy piosenki Adama Nowaka i zespołu "Raz, Dwa, Trzy..."

"z naszych rozmów o niczym 
wynika, że 
tyle wiemy o świecie 
a o nas trochę mniej 
i w banalnym milczeniu 
ukrywamy fakt 
że przyczyna znaczenia 
nie jest ważna 
jest nieważna 
nie jest ważna 
aż tak 
(...)

Jle można pamiętać, 
że zmienimy się w pył 
każda chwila jest święta 
każda chwila jest dziś 
(...)

od cudu do narodzin 
z narodzin aż po cud 
niewiele nas obchodzi 
prócz kilku zwykłych słów 
każdego życia mała 
gorszego życia też 
gdyby się nic nie działo 
nie znali byśmy łez 
tu prawie niebo jest.

 


 

I znów najistotniejsza wydaje się być znajomość nie istoty lecz siebie, ona bowiem obiecuje odnalezienie tego spontanicznego kierunku życia i działania. Nie jest to zresztą prawda nowa, podobne stwierdzenie odnajdujemy w "Bhagawadgicie" gdzie Krishna wyłożywszy swemu rozmówcy jogę mondrości, tak kwituje swój wykład:

"Ale na cóż zda ci się, Ardżuno, 
dogłębna znajomość tych spraw? 
Oto jestem - ja, 
który tylko cząstką (mej istoty) 
wspiera świat cały!

Tak więc znów paradoksalnie poprzez doświadczenie szczytu znajdujemy się w kręgu doświadczenia siebie, a raczej tego co w nas absolutne. To co jest siłą Barbarzyńcy może stać się nadzieją wszystkich, owo wyjście poza zapisany obraz świata w auto doświadczenie i odszukanie w nim prawdy już nie zapisanej ale objawionej. Objawienie, które zwykliśmy pozostawiać jednostkom wyjątkowym, plasującym się na owym marginesie i z niego przemawiających do tych co są treścią księgi, jest dostępne każdemu, kto przekroczył ograniczenie "histerii" bezpieczeństwa. Potrzeba bezpieczeństwa jest podstawową potrzebą ludzką, zwykliśmy ją sobie zabezpieczać poprzez organizowanie się w grupę, której wewnętrzne stosunki regulował system praw i obyczajów tworzony na bazie tradycji. Taki system ma wiele zalet ma również wady a to tą przede wszystkim, że opierając swoje bezpieczeństwo na istnieniu innych Insajderów tracimy zdolność bycia wolnymi i świadomymi siebie, paradoksalnie broni nas to  przed osiągnięciem faktycznego bezpieczeństwa, jest ono możliwe jedynie poprzez doświadczenie i oparcie się na sobie, poprzez odnalezienie swego naturalnego kierunku agresji (ekspresji). W tym znaczeniu nikt nikomu nie może pomóc, nie możliwy jest również podział na tych co In kontra Out.

Utraciliśmy zresztą zdolność takiego podziału, świat cały ugrzązł w niewiadomej, tracąc powoli nadzieje, że odnajdzie poczucie bezpieczeństwa, na to że podział na tych co w środku i na tych co na zewnątrz powróci w swej uroczej jaskrawości. Tym samym wykraczamy poza "histerię" bezpieczeństwa, otwiera to nadzieje, że jako ludzkość skierujemy się ku sobie samym, ku doświadczeniu siebie, lecz nie na bazie ustalonych norm a w obliczu samego siebie. W ten sposób mamy szansę osiągnąć to co dla każdego "Barbarzyńcy" jest proste i oczywiste - przejrzystość bytu ukazującą nas samych jako wspólnotę nieskrępowanych jednostek.  To jednak na razie jedynie perspektywa, zapewne trudna do zaakceptowania, jednocześnie pociągająca i pełna obietnic, jednak zaledwie perspektywa. Aby tam dojść trzeba iść, dążyć, spełniać się, prowadzić dialog, zarówno ten wewnątrz nas, jak też ten wewnątrz kultur, a także ten pomiędzy kulturami. Jeśli już, czy nam się to podoba czy nie wyszliśmy poza bezpieczny krąg zamkniętej przestrzeni, jeżeli ujrzeliśmy już nie tylko ogród ale otaczającą go przestrzeń, to naturalnym wydaje by każdy atom tej przestrzeni wniósł swój wkład do nowej struktury, że wszyscy są tu równo uprawnieni, każdy widzi inaczej, tym bardziej ciekawie, że niezrozumiale a to oznacza, że wie coś czego my nie wiemy, a być może to jest właśnie tym czego nam brakuje.  Dzięki takiemu dialogowi Barbarzyńcy z Ogrodem, Ogrodu z Barbarzyńcą, Ogrodu z innym Ogrodem a także Barbarzyńcy z Barbarzyńcą mamy szanse odszukać nawy sens naszego istnienia. Upatrywałbym go w wysiłku woli i intelektu, nie sprzeciwiającym się naturalnej agresji, lecz towarzyszącym jej. Mogą to uczynić wszyscy ci, którzy mają odwagę cieszyć się stresem pełni życia i nie sądzą naiwnie, że można to osiągnąć bez intelektualnego wysiłku.

Potrzeba bowiem (wracając do naszego papierowego modelu) ową czarno białą skręconą wstęgę zamknąć w odwzorowanie absolutu, poprzez połączenie jej przeciwstawnych końców. Uzyskamy w ten sposób figurę pozornie niemożliwą, zwaną zaś Wstęgą Mobiusa, jej cechą charakterystyczną jest to, że posiada tylko jedną płaszczyznę. Na styku spiralnie zwiniętego paska zamkniętego w okrąg, tam gdzie czerń (zło) łączy się z bielą (dobrem) jednocześnie po przeciwstawnej stronie tej samej płaszczyzny biel (dobro) przechodzi w czerń (zło). Wiemy więc czym jest dobro a czym zło nie potrafimy jednak znaleźć jego granic, oczywiście tak postawiona sprawa budzi niepokój, bo jakże żyć w świecie w którym nie potrafimy znaleźć granic dobra i zła.

A przecież jest to sytuacja niemal biblijna będąca odwrotnością grzechu pierworodnego. Skoro nasi pra rodzice za zdobytą wiedzę na temat dobra i zła zostali pozbawieni raju, to my zgłębiając ową wiedzę gruntownie docieramy do jej przeciwległego punktu. Do miejsca w którym biel przechodzi w czerń zaś czerń w biel. Tym samym stoimy u progu uświadomienia sobie: Tu prawie niebo jest.

Roman Pukar